|
|
2007-09-18 14:09:53 >> Nowe Odcinki
NOWE ODCINKI ZAMIESZCZANYCH TU POWIESCI DOSTĘPNE SĄ NA STRONIE WWW.FANTASTICA.WEBPARK.PL
JESLI DACIE JAKIŚ ZNAK ZE NADAL TU ZAGLĄDACIE - POJAWIĄ SIĘ I TUTAJ!
POZDRAWIAM - AUTOR :-)
skomentuj (0)
2007-03-08 17:26:10 >> "The Story of Mexico" (12)
Snake znalazł się w wirze walki wraz z pieszą dywizją w której byli także Marco, Gladius i Rocco. Wszyscy czterej wymachiwali swymi mieczami tak dobrze, jakby się urodzili z nimi w ręku. Siali spustoszenie wśród swoich wrogów, z których niejeden z pewnością wolałby spotkać samego diabła, niż po mistrzowsku władającego mieczem Marco czy Gladiusa. Snake dodatkowo pobudzony do działania tym, że walczy właśnie z mordercami swoich bliskich stał się jakby innym człowiekiem. Bez litości wbijał miecz w piersi swych wrogów i z rozmachem roztrzaskiwał ich czaszki. Krew pryskała wkoło jak z fontanny, ale Snake i jego koledzy jakby nie czuli licznych powierzchownych ran, które zadali im wrogowie. W czasie bitwy Gladius był nawet bliski śmierci, ale ostrzeżony przez Rocco odwrócił się i w porę dojrzał atakującego go olbrzymiego brodacza, który wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z samego środka piekła. Miał otwartą gębę, z której wydobywał się przeraźliwy wrzask i uniesioną nad głowę rękę z toporem. Gladius nie czekając dłużej wbił swój miecz wprost w rozdziawioną paszczę przeciwnika i tak zakończył jego marny żywot. Przewaga armii Antoniusa była coraz bardziej widoczna. Przerzedzone oddziały wroga zaczęły się z wolna wycofywać. Niektórzy wrodzy wojownicy uciekli, a żołnierze z zamku ruszyli za nimi w pogoń, by ich zniszczyć raz na zawsze. Niedobitki brodatych wojowników z Sun-Stock walczyły jeszcze resztkami sił, ale ich klęska była już oczywista. W końcu z około tysiąca ludzi pozostało ich ledwie kilkudziesięciu. Żołnierze i pomagający im chłopi z okolicznych wsi chcieli ich wybić co do ostatniego, chociaż sami stracili wielu ludzi. Król Antonius siedział na swym koniu i właśnie miał zamiar opuścić pole bitwy. Wygrana była już pewna. Sam król pokazał prawdziwie mistrzowskie umiejętności w szermierce i jeździe na koniu, z którego nie dał się zrzucić. Pozbawił życia około cztery tuziny wrogów. Ale nadeszła chwila, kiedy to on sam potrzebował pomocy: jeden z wrogów, który nie wiadomo skąd wytrzasnął łuk wystrzelił w kierunku króla, trafił jednak w tylnią nogę jego konia. Ogier stanął dęba i zrzucił króla na ziemię. Antonius podniósł się wprawdzie szybko na nogi, ale już druga strzała rozcinała powietrze mierząc wprost w jego serce. Snake, który przypadkiem znalazł się w pobliżu widząc co się dzieje, bez zastanowienia skoczył do przodu i zasłonił sobą władcę. Strzała trafiła go w lewe ramię. W tym samym czasie Gladius jednym cięciem pozbawił głowy niedoszłego zamachowca. Marco wyjął ostrożnie strzałę z ciała Snake’a, a Rocco i król zajęli się koniem. Rocco złamał strzałę, która przeszła na wylot tuż ponad kolanem zwierzęcia i szybkim, zdecydowanym ruchem wyciągnął ją z nogi konia. Po krótkim czasie wszyscy znaleźli się na wolnej od wygasającej już bitwy przestrzeni. Król Antonius pochylił się nad rannym.
- Dzięki ci, chłopcze! Ocaliłeś mnie!
- To mój obowiązek... – powiedział Snake patrząc królowi w oczy.
- Gdzie jest Ferdinald?! Trzeba mu pomóc, jest ranny! – zwrócił się Antonius do przyjaciół Snake’a.
- To nieduża rana, nic mi nie będzie – zaprotestował Snake.
- Leż, chłopcze! – uciszył go król – Mocno krwawisz, nie chcemy cię stracić.
Wtedy dołączył do nich Hallmark. Wytarł swój zakrwawiony miecz o trawę i usiadł przy przyjaciołach, kłaniając się królowi.
- Co ze Snake’m ? – zapytał – Mocno oberwał?
- Będzie żył – powiedział Gladius – Nie widziałeś Ferdinalda?
- Pognał na koniu za jakimś tam smrodem... Niedługo pewnie wróci z jego głową!
To be continued...
*************************************
Uwaga! Po tej powtórce nowe odcinki!!!
skomentuj (0)
2007-01-30 00:46:32 >> "The Story of Mexico" (11)
Mijały kolejne dni. Snake spotykał się nadal z Justyną, ale teraz już umawiali się w różnych miejscach starając się, by nikt ich nie zauważył. Raz jednak Snake’owi udało się namówić ukochaną, by poszła z nim do jego miasta, a dokładniej do gospody Fonda. I o dziwo została ona tam przyjęta bardzo życzliwie. Marco, Rocco, Gladius, Ferdinald i Hallmark szybko polubili śliczną blondynkę nie tylko za jej wygląd, ale i wspaniałą osobowość. Pewien typ imieniem Flavio zaczął się nawet do niej przystawiać, ale spotkawszy się z groźnym spojrzeniem Snake’a i jego przyjaciół szybko opuścił lokal. Justyna poznała też Nicolę, z którą dość szybko się zaprzyjaźniła. Wieczory Snake i jego ukochana spędzali zwykle razem, oglądając zachód słońca na wzgórzu za miastem lub rozmawiając czule przy ognisku pod lasem. Oczywiście Justyna za każdym razem musiała wymyślać jakieś sprytne wymówki, miała jednak dar przekonywania więc wszystko szło gładko. Przyszedł jednak czas, gdy czarne chmury miały zawisnąć nad tą krainą.
Pewnej nocy Snake’a wyrwały ze snu hałasy na korytarzu. Ubrał się więc i wyjrzał ze swego pokoju. Po całym zamku biegali uzbrojeni żołnierze, każdy się dokądś śpieszył chociaż na zewnątrz było jeszcze ciemno. Nagle zauważył przechodzącego korytarzem Hallmarka.
- Hej, poczekaj! – zawołał – Powiedz mi, co się tu dzieje! - Nic nie wiesz? – Hallmark był jeszcze bardziej zdziwiony niż on – Ci dranie z Sun- Stocku znów najechali nasze ziemie. Mówią, że jest ich ponad tysiąc. Idą w kierunku stolicy. Nasze wojsko nie wystarczy, więc król zarządził powszechną mobilizację. Każdy kto może ustać na nogach i ma chociaż jedną sprawną rękę musi stawić się w zbrojowni. Ruszaj się, Snake!
- Dzięki... – wymamrotał Snake, po czym zatrzasnął za sobą drzwi i ruszył do zachodniej części zamku. Przypomniał sobie, że wreszcie staje się to, na co tak długo czekał: bandyci, którzy wymordowali mu rodzinę wreszcie byli w zasięgu jego ręki. Chęć zemsty mobilizowała go do działania. Zszedł po schodach i znalazł się na obszernym holu przed zbrojownią. Było na nim pełno wojska i prostych chłopów, którzy przybyli tu by razem z armią stawić czoło najeźdźcom
Po drodze spotkał swoich przyjaciół. Uzbrojeni w miecze lub topory, w skórzanym ubraniu i ciężkich wojskowych butach śmiali się i żartowali. Być może był to taki sposób na odreagowanie stresu, a może po prostu nie mogli się już doczekać walki. Snake przywitał się z nimi i wszedł do słabo oświetlonej sali pełnej różnego rodzaju narzędzi do zabijania. Spotkał tam kapitana Rudolpha, który zajmował się wydawaniem broni.
- I co chłopcze? Doczekałeś się! – powiedział kapitan wręczając mu ostry miecz z ozdobną rękojeścią – Nie rozstawaj się z nim! On może uratować ci życie!
Snake z wyraźnym zadowoleniem wziął miecz do ręki. Kapitan podał mu szeroki pas do którego można było przypiąć miecz i mundur, na który składała się skórzana kurtka i mocne, wysoko sznurowane buty. Snake podziękował i skierował się do wyjścia, po czym dołączył do swych kolegów. Kilka chwil później wszyscy razem poszli do sali jadalnej, gdzie kucharze uwijali się przy stołach przygotowując jedzenie przed wyprawą. Zaczynało już świtać. Lud zgromadzony na placu oklaskami przywitał siwego już króla Antoniusa, który pojawił się na balkonie swojej komnaty.
- Drodzy mieszkańcy, żołnierze i wy wszyscy którzy dzisiaj tak licznie zgromadziliście się by bronić granic naszego królestwa! Oto nadszedł dzień, gdy musimy stanąć twarzą w twarz z nieprzyjacielem. Musimy wypędzić go z naszej ziemi abyśmy nadal mogli tu spokojnie żyć. Dzisiaj ruszamy do walki. Wierzę, że Wielki Władca, którego duch strzeże naszego miasta poprowadzi nas do zwycięstwa! Nie zostanę w zamku! Razem z wami pojadę by walczyć o dobro i sprawiedliwość! Rodacy, do broni!
I jakby na potwierdzenie słów króla na plac wjechały dwie drewniane katapulty wielkości kilku dorosłych mężczyzn, ciągnięte przez cztery konie. Na dziedzińcu ustawiło się kilka setek żołnierzy na koniach, którzy na dźwięk rogu skierowali się ku bramie miasta. Za nimi podążyło regularne piesze wojsko i rezerwa a na samym końcu ochotniczy wieśniacy z kosami, widłami i siekierami w rękach. Szli w palącym słońcu, wciąż na północ. Wreszcie w oddali zobaczyli armię wroga. Wrodzy wojownicy również zatrzymali się na ich widok.
22 Król Antonius, w wojskowym ubraniu podobnym do ubioru swych ludzi, jednak dużo bogatszym, bo obwieszonym medalami i złotymi łańcuchami, na swoim czarnym koniu stał pośrodku pierwszej linii swojej armii. Po jego obu stronach znajdowali się generałowie dywizji: roześmiany od ucha do ucha Ferdinald, spokojny, wpatrzony w dal Rudolph, Crato z dzikim błyskiem w oku oraz długowłosy osobnik, którego Snake nie znał. Mówiono na niego Mauzer. Chwila postoju nie trwała długo. Przeciwnicy z wrzaskiem z tysiąca gardeł ruszyli z impetem na armię z zamku Green Hills. Ci natomiast zachowali spokój. Wreszcie, gdy nadeszła dogodna chwila i wrogowie znaleźli się u podnóża pagórka, król Antonius uniósł rękę i czterech dowódców wraz ze swoimi oddziałami ruszyło w dół jak lawina. Stukot końskich kopyt brzmiał jak grom, jednak jeźdźców nie było więcej niż dwustu. Wkrótce zmieszali się z wojskami wroga niszcząc ich pierwsze linie potężnym uderzeniem. Końskie kopyta bezlitośnie tratowały wrogich wojowników, których większość była pieszo, jednak ich zajadłość wkrótce wzięła górę. Z dzikim zapałem strącali żołnierzy z koni i odrąbywali im głowy toporami lub wbijali swe włócznie w boki zwierząt. Król Antonius zadecydował o wysłaniu do walki piechoty. Żołnierze ochotniczo zbiegli w dół do ogarniętego walką tłumu, wraz z nimi poszli chłopi ze swymi kosami i siekierami. Kiedy cała jego armia znalazła się na polu bitwy, król spiął swego konia ostrogami i samotnie rzucił się w sam środek walczącego tłumu.
To be continued...
**************************************
Uwaga! Po tej powtórce nowe odcinki!
skomentuj (0)
2006-11-05 13:17:07 >> "The Story of Mexico" (10)
- Czego chcesz, Don Falco?
- Szefie, ten typ... Widziałem go wczoraj z twoją siostrą!
Victorowi zabłysły oczy. Złapał Snake’a za gardło i krzyknął:
- Jak śmiałeś, ty śmieciu! Chętnie bym cię... – strzelił mu w twarz otwartą ręką – Falco! Rozwal gnoja! Nie chcę sobie brudzić rąk tym...
Po raz kolejny splunął na ziemię. Don Falco zatarł ręce z radości i wyjął zza pasa miecz
- Jestem Falco Niezwyciężony! Skończysz jak rozdeptany robak!
Trochę brzuchaty, ale wysoki wojownik o ognistych, brązowych oczach zrobił zamach i wymierzył cios. Snake uchylił się przed świszczącym ostrzem, ale napastnik zaatakował po raz drugi, mierząc mu prosto w serce. Ten odskoczył w bok, ale zrozumiał że bez broni, sam przeciwko trzem uzbrojonym bandytom nie ma najmniejszych szans. Jego przeciwnikowi z pomocą przyszedł kolega. Uniósł swój miecz nad głowę i rozpędził się, by zadać Snake’owi śmiertelny cios. Nagle przewrócił się, a z jego ust pociekła krew. Powodem tego wypadku był miecz tkwiący w jego piersi. Nie był to jednak jego miecz. Nie był on też podobny do mieczy, które mieli ze sobą meksykańcy. Był bardzo ciężki i miał złotą, rzeźbioną rękojeść w kształcie głowy smoka. Snake odwrócił się i zobaczył Ferdinalda stojącego dobrych kilkadziesiąt kroków za nim. On to rzucił miecz, który lecąc z ogromną prędkością uratował Snake’owi życie zabijając jego wroga.
- Ornerius!!! – krzyknął rozpaczliwie Don Falco, jednak widząc, że kolega nie żyje, swoją rozpacz przemienił w agresję i chęć zemsty. Z rykiem wściekłości zamierzył się mieczem na Snake’a, ale z nerwów chybił i tylko lekko drasnął go w ramię. Snake wyszarpnął miecz Ferdinalda z trupa Orneriusa i stanął do walki. Po chwili oba stalowe ostrza skrzyżowały się ze sobą z ostrym zgrzytem. Wtedy to właśnie dobiegł do nich Ferdinald. Bez słowa umieścił swoją pięść na twarzy Victora, który niemal natychmiast złapał go za ramię i wykręcił mu rękę do tyłu. Ferdinald jednak drugą ręką złapał go za twarz i wkładając mu palce w oczy odepchnął z ogromną siłą do tyłu. Victor stracił równowagę i upadł na ziemię. W tym samym czasie Snake rozbroił Don Falco, wytrącając mu z dłoni miecz.
- Wynoście się stąd i więcej nie wracajcie! – rozkazał przyjaciel Snake’a.
Victor ze swoim kompanem podnieśli się z trawy. Don Falco próbował jeszcze sięgnąć po swój leżący na ziemi miecz, ale Snake był szybszy.
- Pozwól, że twój miecz zostawię sobie na pamiątkę naszego spotkania!
Jego wrogowie byli po prostu wściekli, ale nie mieli wyboru. Chcąc ujść z życiem musieli posłuchać Ferdinalda. Victor tylko rzucił jeszcze przez zaciśnięte zęby:
- Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do mojej siostry, to nawet sam diabeł ci nie pomoże!!!
Wreszcie meksykańcy przeszli przez rzekę i zniknęli w cieniu drzew. Ferdinald zobaczył krwawiącą ranę na ramieniu Snake’a.
- Pokaż mi to – powiedział.
- To nic, ledwie draśnięcie – odezwał się Snake.
Ferdinald jednak wyciągnął rękę i położył dłoń na zakrwawionej ranie. Snake poczuł przyjemne ciepło. Ferdinald po chwili zdjął rękę, a po ranie nie było już ani śladu. Snake ze zdziwienia otworzył usta.
- Jak to zrobiłeś?
- Mój dziadek mnie nauczył – odpowiedział Ferdinald – Mieszka samotnie w lesie, na północ stąd.
Snake’owi zaświtało w głowie.
- Pustelnik Dagonius jest twoim dziadkiem?!
W jego wiosce stary Dagonius był doskonale znany. Umiał znaleźć radę na każdy problem i wyleczyć każdą dolegliwość.
Snake uścisnął dłoń przyjacielowi.
- Dzięki za pomoc! Bez ciebie skończyłbym jako pokarm dla rybek – spojrzał na rzekę.
- Po prostu byłem w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – roześmiał się Ferdinald – Ale na drugi raz umawiaj się na randki w bezpieczniejszym miejscu!
- Nie masz nic przeciwko temu, że ona jest stamtąd? – zapytał Snake.
- Nie gadaj głupstw... Przecież to jasne, że nie możesz rozkazywać swemu sercu. Ale czy musiałeś trafić akurat na córkę króla?
To be continued...
skomentuj (0)
2006-09-25 14:53:55 >> "The story of Mexico" (9)
Kiedy Snake żegnał się z Justyną było jeszcze przed zachodem słońca. Dziewczyna chciała być tym razem wcześniej, obawiając się, że będą jej szukać. Snake szedł wzdłuż rzeki nie wiedząc, że kilkaset kroków przed nim w tym samym kierunku szedł Vincent, zamierzając donieść o wszystkim przełożonym. Śmiał się już na samą myśl o tym, że wreszcie zniszczy Snake’a. Nie było mu jednak dane to zrobić. Nagle drogę zastąpiło mu trzech mężczyzn. Wszyscy mieli czarne włosy i ogniste spojrzenie. Ubrani w czarne kamizelki i szerokie pasy, wyszli z krzaków odcinając mu drogę z obu stron. Jeden z nich był wyższy od pozostałych i miał ciemny, może jednodniowy zarost. Na szyi miał łańcuch z zawieszonym na nim żelaznym krzyżem.
- Stój, psie! – odezwał się do Vincenta. Ten zatrzymał się i sięgnął po miecz.
- Zginiesz, meksykańcu! – z dzikim rykiem zamierzył się na napastnika.
On jednak zrobił szybki unik i miecz Vincenta trafił w próżnię. Stojący obok niego meksykanin wymierzył mu celne kopnięcie w brzuch i Vincent upadł na ziemię krzywiąc się z bólu.
- To ty zginiesz, padalcu – drugi z napastników miał już zamiar wbić swój miecz w pierś Vincenta, ale mężczyzna z łańcuchem powstrzymał go ruchem dłoni. Splunął na ziemię i zwrócił się do leżącego przystawiając mu koniec miecza do gardła:
- Skąd się tu wziąłeś? Co robisz na naszej ziemi?
- Używam jej jako kibla, gównojadzie! – w głosie Vincenta było pełno pogardy.
- Nienawidzę takich jak ty – powiedział nieznajomy oprawca – zarżnąłbym cię jak wieprza, ale może puszczę cię wolno, jak powiesz mi jedną rzecz...
- No? – zaciekawił się Vincent. Pomyślał, że może warto zmienić taktykę i wyjść cało z opresji by potem zrobić to, co zaplanował – Co chcesz wiedzieć?
- Ile macie wojska?
- Na razie około pięciu setek ludzi... ale może będzie więcej.
- Broń? – zapytał meksykanin ciągle trzymając Vincentowi miecz na gardle
- Miecze, topory i maszyny oblężnicze. To może teraz...
- Dzięki – mruknął tamten i momentalnie opuścił miecz w dół, barwiąc trawę na czerwono. Vincent zacharczał, zamrugał oczami i umarł.
- Twoim oprawcą jest Victor Niepokonany! – wyszczerzył zęby jego morderca i rzucił do stojących obok ludzi – Idziemy!
Snake znalazł wreszcie przejście na drugą stronę rzeki, nie chciał bowiem znów pomoczyć ubrania. Były to kamienie ułożone tak, że stanowiły pomost pomiędzy brzegami rzeki. Dawno już jednak nikt z niego nie korzystał. Przeszedł na drugą stronę zastanawiając się kto był na tyle silny, żeby przyciągnąć tutaj te głazy. Wszedł już na dróżkę prowadzącą do zamku, kiedy usłyszał za sobą czyjeś kroki. Obejrzał się i ujrzał trzech ubranych na czarno mężczyzn. Stojący w środku postąpił krok do przodu i splunął na trawę. Pozostali nadal żuli tytoń. Jeden z nich spojrzał na Snake’a, wyciągnął rękę i dotknął nią ramienia swego przywódcy.
- Czego chcesz, Don Falco?
- Szefie, ten typ... Widziałem go wczoraj z twoją siostrą!
To be continued...
skomentuj (1)
2006-07-02 17:28:50 >> Do przeczytania po Wakacjach!!! :-)

Wszystkim życzę udanego wypoczynku!!!
skomentuj (0)
2006-06-11 01:09:19 >> "The Story of Mexico" (8)
Kiedy wrócił do zamku wciąż wspominał w myślach tamto spotkanie nad rzeką. Przechodząc korytarzem usłyszał, jak Crato krzyknął coś w jego kierunku, a stojący przy nim dwaj jego kolesie wybuchnęli śmiechem. On jednak szedł jak w transie. Dotarł do swego pokoju, otworzył drzwi i opadł na łóżko. Nie mógł już doczekać się jutrzejszego spotkania. Ona była jak wiosna, która przyszła w promieniach słońca i rozgrzała mu serce. Wiedział, że dla niej zrobiłby wszystko...
Z rozmyślań tych wyrwało go pukanie do drzwi. Zaprosił gościa do środka. Przybyszem był Gladius.
- Snake! Co się z tobą dzieje? Jesteś chory, czy co?
- Nie... Nie było mnie w zamku... Co robiliście?
- Nic ciekawego, poszliśmy na siłownię a potem graliśmy w karty z Marco i Ferdinaldem. A potem przyszedł Rocco i oskubał nas jak... Zresztą nieważne. Powiedz co ty robiłeś? Gdzie cię nosiło, chłopie?
- Byłem nad rzeką... Spotkałem dziewczynę, rozmawialiśmy... Gladius, chyba się zakochałem!
- Brawo! – krzyknął wesoło jego kolega – A kim jest twa wybranka?
- To piękna i miła dziewczyna. Nazywa się Justyna i mieszka po tamtej stronie rzeki.
- Meksykanka?! - zdumiał się Gladius – Snake, chyba nie powinieneś...
- Poczekaj, przyjacielu – przerwał mu Snake – Ludzi nie osądza się ani po tym skąd pochodzą, ani też po tym co o nich powiadają.
- To prawda... – zastanowił się Gladius – To z pewnością przyjemna dziewczyna i niewiele ma wspólnego z tym całym bydłem z jej kraju. Musisz jednak uważać, by nie zaszkodzić jej i sobie.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wiesz, jacy są ludzie... To nie jest dobrze, ale potrafią być często gorsi niż stado wściekłych wilków. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Tak Gladius. Dzięki – Snake usiadł na łóżku.
- Ja nic nie powiem, ale uważaj i nikomu nie mów o was... Staraj się też, by nie widziano was razem.
- Dlaczego? Ja ją kocham i nie obchodzi mnie, co myślą inni
- Snake, tak będzie bezpieczniej. Znasz Crato, widziałeś go w akcji a podobno ci z Meksyku są jeszcze gorsi... Nie chcę, żeby to się skończyło źle
- Dobrze, będziemy uważać. Ale wiesz, co ja o tym myślę!
Gladius uśmiechnął się.
- Nie byłeś na obiedzie, nie jesteś głodny?
- Chyba tak – zauważył Snake. Jego żołądek dopiero teraz zaczął dawać o sobie znać.
- Zanieśliśmy z Hallmarkiem twoją porcję do naszego pokoju. Trochę to zimne, ale da się zjeść.
- Dzięki, Gladius. Na tobie zawsze można polegać – ucieszył się Snake i zerwał się na nogi.
- A później pójdziemy do baru. Ja stawiam.
Ranek strasznie się Snake’owi dłużył. Na śniadaniu nie mógł usiedzieć na miejscu, a rąbanie drewna też szło mu z oporem. Zdawało mu się, że nie pociętych kawałków pni ciągle przybywało. Wreszcie jednak się z tym uporał, poszedł do pokoju, przebrał się rzucając niedbale ubranie robocze na łóżko, potem niepostrzeżenie wymknął się z zamku. Przynajmniej tak mu się wydawało. Nie zauważył, że w ślad za nim z cienia wynurzył się ubrany na czarno osobnik ze złowrogim błyskiem w oku. Snake’a niosło jak na skrzydłach. Tego dnia również było ciepło, ale wiał lekki orzeźwiający wiaterek. Wreszcie ujrzał drzewo i rzekę, od której odbijał się blask słońca. Przyśpieszył kroku i wkrótce znalazł się w znajomym miejscu. Było tam jednak jeszcze pusto. Rozejrzał się po okolicy, ale w pobliżu nie było żywej duszy. Usiadł więc pod drzewem, wyjął nożyk który nosił przy pasku, wziął kawałek suchej gałęzi i zaczął rzeźbić. Wyszło mu małe serduszko, w którym wyrył imię swej wybranki. Wreszcie zobaczył, że od drugiej strony rzeki ktoś się zbliżał. Był jeszcze na tyle daleko, że nie można było go rozpoznać, ale Snake wiedział, kto to jest. Nie zastanawiając się wskoczył do rzeki. Chłodna woda trochę go odświeżyła i dodała energii. Szybko przepłynął na drugą stronę i wybiegł na spotkanie swej ukochanej. Justyna również podbiegła do niego. Rzuciła mu się na szyję, a Snake ją pocałował.
- Tęskniłam za tobą – szepnęła dziewczyna.
- Ja też – powiedział Snake patrząc w jej brązowe oczy – Mam tu coś dla ciebie.
Wyjął ze swoich mokrych spodni drewniane serduszko.
- Ładne... Dzięki, Snake! – ucieszyła się Justyna.
- Jesteś sama? A gdzie ta... jak jej tam... Nastasia?
- Powiedziałam jej, że chcę zostać z tobą sama. Oczywiście powiedziała, że musi mnie pilnować, ale ja uciekłam przez okno... – roześmiała się.
- Jesteś kochana – Snake objął ją ramieniem.
Tymczasem spomiędzy krzaków wystawał ozdobiony spiczastą bródką łeb, szczerząc zęby w uśmiechu.
Ciąg dalszy nastapi...
skomentuj (0)
Poniżej możesz pobrać kod szablonu klikajac na odpowiedni link.
Jeśli skorzystasz ze Źródła, odszukaj i usuń w kodzie szablonu odpowiedni fragment kodu.
Best viewed in IE + 1024x768 32bit colors
^ ^ ^ - design by Michelle-
|
|
Księga
Linki
Strona Główna powrót
---<--@ Tylko Poezja @-->--- Wiersze o Miłości Poetyka Wierszowy Blog Warto!!!
..::Poetic Blogs::.. Wierszokleta WiErSzE, WiErSzE
..::Blogi warte Grzechu::.. --zobacz też "The best of the Blogs"-- Lily Anna Blackie Agnolia Marzena Velia Nellka Zakochany Chłopczyk
..::Books on the Blogs::.. Moje Wakacje Życie podziemne mężczyxny Sens Życia
..::Life is Brutal ::.. Narkomanka Pamiętnik Zmarłego
Archiwum
2007 wrzesień marzec styczeń 2006 listopad wrzesień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik lipiec czerwiec kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień
blog.pl
|
|